poniedziałek, 26 lipca 2010

Ty...

Pora na trochę post grunge'owego brzmienia, takim niewątpliwie jest zespół Candlebox, którego historia sięga już wczesnych lat '90...no i panowie pochodzą z Seattle, a to zobowiązuje żeby chłamu nie robić, mam rację? Mam i wiem o tym, bo z tego miasta szajs nie wychodzi, na pewno w rockowym wydaniu. Po prostu muzycy wiedzą, że jak zrobią jakąś popelinę to przyjdzie Vedder z Cantrell'em i się zapytają: "what the fuck, men?":)) Pierwsza płyta Candlebox brzmi świeżością i zadziornością, naprawdę świetne granie. Szkoda, że nie wydali tej płyty tak 2 lata wcześniej, możliwe że odzew byłby jeszcze większy bo maniera wokalna Kevina Martina jest specyficzna i niespotykana, a gitary czasami taki piękny bluesik grają, że sam Jerry i Mike by się zawstydzili ;) Może nie jest to jakiś wielki boom ale to naprawdę kawał dobrej muzy...Hiciorem zespołu był singiel "Cover Me", który wydaje się być strzałem w dziesiątkę, chociaż ja uwielbiam utwór "You". Jest na tej płycie klimat i to jest najważniejsze...a jeszcze fajniej, że jest to klimat Seattle...Polecam gorąco bo takiego rocka już się nie gra, teraz tylko Indie i wystające lizaki butów spod jeansów ;))) spadł deszcz i napisałem posta...co to może oznaczać?

1 komentarz:

  1. Hehe.. uwielbiam ten numer.. mam z nim związanych mnóstwo miłych wspominek... Fajnie że ktoś go jeszcze pamięta.. :)
    Nawak

    OdpowiedzUsuń