niedziela, 29 maja 2011

Slave To The Grind

Początek lat 90 był dobrym okresem dla fanów ciężkich brzmień - świetne krążki wychodziły jeden po drugim. W tym okresie Judasi wydali "Painkillera", Metallica - czarny album, Megadeth - "Countdown To Extinction". Same klasyki. W tym samym okresie swój magnum opus wydała kapela z New Jersey - Skid Row - a jego tytuł to "Slave To The Grind".

Materiał na płycie jest zróżnicowany - momentami przypomnimy sobie Megadeth, momentami Guns 'n' Roses, momentami Motley Crue. Jednak wszystkie kawałki łączy bardzo agresywnie brzmiąca gitara i niesamowity wokal Sebastiana Bacha. Oprócz tytułowego "Slave To The Grind" najbardziej znanymi utworami z tej płyty są balladki - "Quicksand Jesus" i "Wasted Time". Piękne utwory, ale moim faworytem jest mówiący o umierającej miłości "In A Darkened Room":


Na szczęście na "Slave To The Grind" mamy coś więcej niż tylko wyciskacze łez i słuchając go można pomachać trochę głową. Jeśli lubimy pulsujące thrashowe rytmy, to przypadną nam do gustu "Mudkicker" i "Riot Act", jeśli wolimy hard rock a'la Guns 'n' Roses to będziemy zachwyceni kawałkiem "Get The Fuck Out", a jeśli najważniejsze jest po prostu maksimum czadu, to zakochamy się w moim ulubionym "Livin' On A Chain Gang":


Wydaje mi się, że dziś Skid Row jest kapelą trochę zapomnianą. Szkoda, bo "Slave To The Grind" stawiam w pierwszej linii z największymi klasykami metalu, np. tymi które wymieniłem na samym początku.

Na koniec bonusik. Chciałem napisać, że "Livin' On A Chain Gang" ze względu na epicki śpiew (w zasadzie to zdzieranie gardła) w refrenie przypomina mi "Man In The Box" Alice'ów. No i przypadkiem na YT trafiłem na taki film:

środa, 25 maja 2011

Marcin, w twych żyłach płynie ciekły metal!!!!!!!!!!!!!!!!!

Kupiłem dzisiaj płytę zespołu Mum...zespół pochodzi z ISlandii, maja bardzo specyficzny klimat, mieszaja downtempo z folkiem, melancholijnym brzmieniem i czymś na pokrój Impogen Heap



Ogólnie spoko się tego słucha, ale jednak, po wysłuchaniu już pierwszej płyty zespołu Blindead - Devouring Weakness, żałuje że nie kupiłem ich jakiegokolwiek krążka...Dodam tylko coś do tego co pisał Mati...Mamy tu do czynienia z potężnym pierdolnięciem, poruszającym zmysły zakorzenione niczym 1000 letni Buk. Jest tu niesamowity powiem świeżości, zwłaszcza jak sobie zdamy sprawę, że to Polska kapela, nie mówię, że mało mamy dobrych kapel bo 10 razy wiecej siedzi w undergroundzie i 90% z nich nie ujży swiatła dziennego...Devouring Weakness miażdży, zaraz zabieram się za Autoscopie, aż nie mogę się doczekać...MARCIN PAMIĘTAJ, ŻE W TWOICH ŻYŁACH PŁYNIE CIEKŁY METAL!!!!!!!!!!!!!!!!!!

wtorek, 24 maja 2011

I'm only sayin' what's on my mind

Dziś chcę wyrzucić z siebie myśl, która nawiedza mnie co jakiś czas - od wielu lat. Chodzi o podział muzyki na gatunki. Uważam, że czasami zbytnio się zapuszczamy w tworzenie nowych kategorii i szufladkowanie poszczególnych kapel.

Kto widział film pt. "Headbanger's Journey"?

Widzicie to drzewko? No fajny bajer, nie powiem, można zaszpanować przed znajomymi, że się zna sryliard podgatunków metalu, ale zastanawiam się czy jest sens bawić się w takie podziały?

Po pierwsze: Komu to służy? Słuchaczom? Że co, że zobaczą jaki gatunek muzyczny reprezentuje dana kapela i na tej podstawie ktoś kupi ich płytę? Śmiem wątpić... Wyróżnianie takich podgatunków przydaje się zdecydowanie bardziej ludziom, którzy "sprzedają" muzykę - po pierwsze ludziom od marketingu, którzy chcą trafić w jakieś grono odbiorców ("o, bo TOOL to ponoć hard alternative, jak napiszemy (albo Metal Hammer napisze) że nasza kapela gra taką muzę to sprzedamy więcej płyt niesieni na fali ich popularności!"), po drugie dziennikarzom muzycznym, bloggerom i innym mnie podobnym pisarskim niedołęgom, które nie potrafią opisać muzyki własnymi słowami i którym łatwiej posłużyć się nazwą "thrash metal", a co za tym idzie zdać się na doświadczenia, intuicję i perspektywę (!) czytelnika mającego zinterpretować to określenie. Idziemy na łatwiznę, przez cmentarz i łąki na osiedle, heja!

Po drugie: Czy naprawdę każdą kapelę można przyporządkować do jakiegoś konkretnego stylu muzycznego? Jeśli jakiś zespół na swoim czwartym albumie wprowadził podwójne stopy, obniżył strój o pół tonu, a wokalista zaczął się trochę bardziej wydzierać to już jest inny styl? To co o nich napisać, że już grają thrash metal zamiast heavy metalu? A może speed metal? To jaki, do cholery, jest "Painkiller" Judas'ów?
A Slayer? To już death metal czy jeszcze thrash? Bo blastów tam wprawdzie nie ma, ale zdarzają się riffy tak ciężkie (vide "Raining Blood") że i Vader'owi mogłyby się bez wstydu przytrafć. I czasami bliżej jest Array'i i spółce do Wiwarczuka niż Hetfielda, Mustaine'a i Dime'a.
Kolejny przykład: Stratovarius. Zespół notorycznie kwalifikowany jako kapela power metalowa, choć generalnie twierdzi się, że w power metalu śpiewa się o smokach, rycerzach i orkach, którym brzydko z "japy" pachnie, bo próchnica zdewastowała im uzębienie. A w Stratovarius takiej tematyki nie ma. I jak wypada ich porównanie do Nightwisha? Że Tarja Turunen śpiewała operowym głosem to już metal symfoniczny, a nie power metal? Jak obiektywnie uznać, że jedna cecha muzyczna jest ważniejsza od drugiej? Sztuka dla sztuki i przerost formy nad treścią.

Po trzecie: Wszystkie te podgatunki muzyczne oceniane są często przez relatywizm. Trzydzieści lat temu muzyka Judas Priest to był heavy metal, a Iron Maiden reprezentowali nurt New Wave Of British Heavy Metal. Dzisiaj nikt się w to nie bawi. To wszystko jest po prostu heavy metal. Z perspektywy czasu widzimy, że ta muzyka jest do siebie naprawdę podobna. Nie inaczej będzie z zespołami nam współczesnymi. Kto się będzie w przyszłości cackał z rozróżnianiem Lamb Of God, Killswitch Engage i Machine Head? I po co?

Czaicie o co mi chodzi? Nie mówię, że wyróżnianie różnych podgatunów metalu jest zupełnie złe i bezużyteczne - może komuś pomaga się odnaleźć w tym nawale zespołów, albumów, utworów - jego ogrom potrafi przerosnąć każego, może jakaś systematyka jest tu przydatna. Ważne jest tylko, żeby:
1) nie szufladkować zespołów
2) nie sprzeczać się o przynależność do podgatunku
3) nie sprzeczać się o wyższość jednego rodzaju muzyki nad drugim
4) być otwartym na poglądy muzyczne innych ludzi, także w kwestiach "systematyki" metalu
5) JEDNYM PROSTYM ZDANIEM: WIĘCEJ LUZU W TYM WSZYSTKIM!

Zrzędzę dziś jak stara baba, ale tak już czasem bywa, sorry Winnetou. Pewnie za tydzień napiszę o kapeli która gra "klasyczny hard rock z naleciałościami southern rocka" i wszystko wróci do "normy".
Na ukojenie trochę nieagresywnej muzyki z kategorii "alfabet S. Morse'a":

poniedziałek, 23 maja 2011

Ponieważ noc...

Ten jakże dwuznaczy tytuł wywodzi się od tytułu jednego z moich ulubionych rockowych kawałków. "Becouse the night" w oryginale wykonywana przez Patty Smith z zespołem, ale przerabiana kilkaset, jak nie tysięcy razy. Nie wszyscy jednak wiedzą, że za popełnieniem tej kompozycji stał Bruce Springsteen, no i jego wykonanie tego utworu jest moim zdaniem najlepsze.



Wspomniany już Pan jakoś wydaje mi się w Polsce, ale patrzę przez pryzmat kilku znajomych mi osób, jest ogólnie znany. Jednak mało kto mając wymienić trzy utwory po za "Born in the USA" i "Streets Of Philadelphia" będzie w stanie to zrobić. Postanowiłem więc przybliżyć trochę jego twórczość i oto kolejny utwór z płyty Magic:



Moim zdaniem mistrzostwo. Jest to typowy amerykański rock w najlepszym wydaniu. Bardzo istotna sprawa u tego Pana to teksty, które może i często opowiadają proste historie, ale bardzo życiowe. Jak w utworze The River z tego samego albumu:



Prosta historia pary, której w życiu nie poszło. Opowieść o czasie straconym i wygasłych uczuciach. Tak przechodząc do jeszcze jednego utworu tego Pana, a raczej w wykonaniu tego Pana to powiem, że u niego to wszystko brzmi, jest gitara, często instrumenty dęta, bas, perkusja i pianino i wszystko składa sie tak wspaniale, że mnie rozpierdala na drobne.



A jakoże wspomniałem, że to nie jest jego kompozycja to podaję link do najstarszej wersji jaką znalazłem ostatniego utworu:

niedziela, 22 maja 2011

"Post-metal"? Czy to już?

Jakiś czas temu poznałem polską kapelę Blindead. Jak dla mnie brzmi ona trochę jakby ktoś wrzucił do jednego worka In Flames, A Perfect Circle, Marka Morgana, nutę z Twin Peaksa i porządnie tym wstrząsnął. Fajne. Doczytałem gdzieś, że ten gatunek muzyki to post-metal. Czyżby? Czy jesteśmy u progu nowej ery w dziejach metalu?

Kilkanaście lat temu rozpoczęła się era nu-metalu. Nie chcę się tu sprzeczać o to, jakie kapele należały do tego nurtu, a jakie nie. Na potrzeby własnego skromnego światopoglądu przyjmuję, że prekursorami byli Machine Head i Korn. Wszędzie znajdą się puryści i tak było też w przypadku fanów metalu - nie każdemu nu- przypadł do gustu, niektórzy nie chcieli (i nie chcą) w ogóle tego nazywać metalem, ale trzeba powiedzieć, że ten nowy rodzaj muzyki wprowadził spory powiew świeżości do nieco nudnawego już gatunku. Metal stracił na subtelności, ale stał się bardziej "dosadny". Elementy wirtuozerii wokalnej i gitarowej zastąpiły terakulomby ładunku emocjonalnego. Ale - jak mówi staropolskie przysłowie - miotacz ognia który spala dwa razy więcej osób na sekundę, zużywa paliwo dwa razy szybciej - więc IMO nu-metal i późniejszy metal-core dość szybko się wypaliły.

Blindead na swojej EPce "Impulse" (innych jeszcze nie słyszałem) idzie w zupełnie nowym kierunku. Zawiera ona trzy kompozycje, które w sumie trwają 31 minut. Nieźle, prawda? Utwory są powolne, klimatyczne i bardzo ciężkie. Zbyt powolne, zbyt klimatyczne i zbyt trudne w odbiorze żeby dokonać jakiejś rewolucji w muzyce. Dlatego nawet jeśli nazwiemy tą muzykę "post-metal", to próżno oczekiwać nowej fali zespołów grających coś podobnego - i przede wszystkim zdobywających masową popularność. Wg mnie Blindead pozostanie kapelą niszową.
Nadal czekamy na jakiś młody zespół, który zagra takie rzeczy, że opadną nam kopary. W końcu w historii muzyki rockowej nie raz już zdawało się, że wszystko zostało zrobione, aż pojawiał się jakiś James Hetfield czy inny Corey Taylor i pokazywał, że "po prostu" trzeba mieć wizję.

Kilka słów o samym "Impulse". Gitary brzmią trochę jak w In Flames - jakby ktoś wszystkie gałki na wzmacniaczu przekręcił na 10 i zaczął grać. Wokal też przywodzi mi na myśl tą kapelę. Ku mojemu niepocieszeniu mamy tu bardzo duże naleciałości ambientu. Jasna cholera, to był mój pomysł na muzykę! :/ Ale ja bym takiego projektu pewnie nigdy nie zrealizował, więc fajnie, że wpadł na to ktoś inny i fajnie to wykonał.
Klimat tej muzyki jest trudny do opisania. Trochę przypomina takie "(-) Ions" Tool'a, trochę niektóre numery z Twin Peaks'a... Generalnie zrobiło mi się trochę nieswojo kiedy jechałem w nocy przez las i grał Blindead :)
Mówią, że "cudze chwalicie, a swego nie znacie". Więc wszyscy, którzy jeszcze tego nie uczyniliście, posłuchajcie Blindead:

niedziela, 15 maja 2011

Rdza

Rozpieprzę moją zardzewiałą klatkę i ucieknę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Ktoś ma ochotę się przyłączyć?



I'M GONNA BREAK BREAK,
I'M GONNA BREAK MYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYY...
RUSTY CAGE...AND...OUTSHINE...
SHOW ME THE POWER CHILD I'D LIKE TO SAY,
THAT I'M DOWN ON MY KNEES TODAY!!!!!!!!



KOCHAM TO!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

czwartek, 12 maja 2011

play that funky music, white boy!

Już wiem czemu muzyka dyskotekowa jest coraz ch***wsza.

Po prostu przepis doskonały wynaleziono 35 lat temu i od tamtego czasu zaczęło się, cholera, kombinowanie!

;)

niedziela, 8 maja 2011

I'm still alive...

Ktoś kto śledzi bloga mógłby obecnie uznać, że taki koleś jak Dirt665 już nie pisze postów, znudziło mu się lub coś w ten deseń...HELL NO!!!! Moi drodzy...I'm still alive...jedynym problemem jest nieustanny brak czasu i mózgu nawet na to aby móc napisać coś mądrego i coś co chciałoby sie przeczytać...Dobrze, że armia żołnierzy kryjącyh się pod ksywkami Mati i Go24 nadal uczestniczy w przedstawieniu jakim jest POZA KOŁEM... Dzisiaj chciałem poruszyć temat poważny, o którym myślałem już dawno temu, ale jakoś nie mogłem się zebrać w sobie aby go poruszyć, rozpocznę tym o to filmikiem z mojego ulubionego filmu jakim jest "The Singles" Camerona Crowe'a:

Where is the Iron Man of today?



Przechodząc do sedna...Gdzie podziały się hymny lat 60, 70, 80, 90 ? Zauważcie, że lata 2000-2010 nie przyniosły nic ciekawego ze sobą. Ok może i rozwinęły się nowe nurty takie jak choćby Nu metal, czy post grunge, ale to wszystko jest jak to powyżej Matt Dillon określił "well designed bottles of bleach, beer and lifestyle music" Nie trzeba mędrca aby wskazać to o czym mowa...Led Zeppelin, Deep Purple, Jimi Hendrix, Metallica, Pink Floyd, The Doors...to są kapele, które tworzą obecny obraz muzyki, nie nakreśla jej Slipknot, Lamb Of God czy Days Of The New...Są to nowości, racja...ale nie są to kapele ani utwory, które ukształtują coś niespotykanego, coś o czym będzie się mówic przez dziesiątki lat...Czy tak bardzo zakorzenilismy się w muzyce z "tamtych" lat, że nie potrafimy się od tego odciąć...I druga sprawa, trochę bardziej przerażająca...czy wieczne porównywanie obecnych kapel do tego co działo się kiedyś nie piętnuje obecnych stylów muzycznych, spychając je na drugi plan co sugerowałoby, że obecna muzyka jest mniej wartościowa niż tamta? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się, że w dużej części jest to problem braku autentyczności i prawdziwych emocji w tym co obecnie się puszcza i pokazuje. Wielki autorytet muzyczny jakim są The Doors...przecież oni istnieli chyba łącznie ze wszystkimi problemami JM 7 lat, a zobaczcie jaki ślad pozostawili po sobie. Led Zeppelin -> można powiedzieć 10 lat i po sprawie, a każdy kto obecnie usłyszy "Stairway To Heaven" zatrzymuje się myślami na chwilę i na a 9/10 przypadków nie zmienia utworu (ten 1 zostawiłem sobie dla pewnego człowieka, którego kiedyś poznałem. Nie miał pojęcia co to jest Led Zeppelin - Stairway To Heaven...i nie ściemniał ;) Pewnym problemem na pewno są obecne media, które są wszędzie...pozwala to zatem wielu przeciętnym zespołom zaistnieć na szklanym ekranie bądź w "internecie" jak to się obecnie mówi...Uno momento, z tego co pamiętam zespół powinien grać koncerty, a nie błyszczeć na jutubie czy fuckbuku...Jest to wielki problem dzisiejszego muzycznego świata. Z jednej strony można go kochać za prosty dostęp do różnorodnej muzyki, ale z drugiej strony nie potrafimy podnieść własnej dupy i pójść na koncert bo "ja to sobie na jutubie obejżę" a o kupowaniu płyt już nie wspomnę...Jako podsumowanie załączam coś z dużą dawką humoru aby nie było tak poważnie do końca ;) do następnego...siup!!

Prawie jak Stradicaster

Większość z nas ma w swojej kolekcji ulubionych zespołów jeden taki, który wstrząsnął naszą świadomością jako pierwszy i wciągnął nas w słuchanie muzyki na dobre. Wcześniej mieliśmy kasety różnych zespołów które bardzo lubiliśmy słuchać, ale pewnego pięknego dnia w nasze łapska wpadła TA JEDNA - która wywróciła muzyczny światopogląd do góry nogami, niczym atomowa fala uderzeniowa zmiotła z powierzchni ziemi wszystko co do tej pory usłyszeliśmy. Dla mnie takim albumem był "Brave New World" Maiden. A później usłyszałem utwór "Eternity" formacji Stratovarius...



Było to już jakiś czas po tym, jak zacząłem słuchać Dziewicy. Kumpel puścił mi (już jako mp3, wow!) ten kawałek. Pierwsze kilkanaście taktów wywołało zainteresowanie, bo nigdy wcześniej nie słyszałem klawiszy i chórków tak wyeksponowanych w muzyce metalowej. A potem było wejście gitary w dwudziestej ósmej sekundzie... I umówiło moją szczękę na randkę w ciemno z podłogą. WOW! W Maiden gitary brzmiały pięknie i melodyjnie, ale nigdy tak ostro i wyraziście jak tu. Zresztą riff sam w sobie jest świetny - tempo jest perfekcyjne. I te flażolety w bridge'u... Później już chyba tylko riffy Dime'a potrafiły u mnie wywołać taką ekscytację.

Następne w kolejce były utwory "Black Diamond", "Hunting High And Low" i "Kiss Of Judas". Oglądałem teledyski do wszystkich i o ile ostatni niezbyt przypadł mi do gustu, to wirtuozerskie solówki w "Black Diamond" i przekaz z "Hunting High And Low" po prostu uderzały pięknie wybrzmiewający akord w mojej nastoletniej duszy. Czasami bywa tak, że jakiś zespół czy rodzaj muzyki idealnie zgrywa się z naszym życiem, z tym kim w danej chwili jesteśmy i jak postrzegamy świat. To było właśnie to.

Później już poszło z górki... Stratovarius zachwycał pięknymi, choć do bólu banalnymi balladami pokroju "Venus In The Morning" oraz pełnymi mojego ukochanego, naiwnego, metalowego patosu "tasiemcami" a'la "Mother Gaia". Timo Tolkki grał zajebiste riffy ("Night Time Eclipse"!) oraz imponujące solówki, a Timo Kotipelto wyciągał takie nuty, których sam Rob Halford by się nie powstydził (vide "Father Time").



OK, wyobraźcie sobie teraz scenę którą przeżyłem... Po obejrzeniu powyższego teledysku idziecie na spacer. Jest pochmurne popołudnie, wieje silny wiatr. Wchodzicie na wzgórze górujące nad miastem. Mimo iż wysokie, jest płaskie, pokryte łąką. Na uszach macie słuchawki, leci w nich "Infinity". Wysoka trawa faluje mocno na wietrze, obok Was przebiega puszczony ze smyczy pies. Zadajecie ludzkości i sobie samemu pytanie: "Quo vadis?". Dochodzicie do skraju wzgórza, przed Wami roztacza się piękny widok na położone nad zatoką kilkudziesięciotysięczne miasto. I wtedy wchodzi solówka Timo Tolkki'ego.
Takich chwil się nie zapomina...

Myszka mnie świeżbi żeby wrzucić Wam więcej utworów tej szczególnej dla mnie kapeli, ale co za dużo to niezdrowo. Jak ktoś złapał bakcyla to sobie posłucha. Zachęcam. Zresztą, prawdopodobnie jeszcze kiedyś o Stratovariusie coś skrobnę, coś dorzucę...

środa, 4 maja 2011

Bette Midler - The Rose



Some say love, it is a river that drowns the tender reed.
Some say love, it is a razor that leaves your soul to bleed.
Some say love, it is a hunger, an endless aching need.
I say love, it is a flower, and you - it's only seed.

It's the heart, afraid of breaking, that never learns to dance.
It's the dream, afraid of waking, that never takes a chance.
It's the one who won't be taken, who cannot seem to give.
And the soul, afraid of dyin', that never learns to live.

When the night has been too lonely, and the road has been too long,
And you think that love is only for the lucky and the strong,
Just remember in the winter far benaeth the bitter snows,
Lies the seed, that with the sun's love, in the spring becomes the rose.