wtorek, 24 maja 2011

I'm only sayin' what's on my mind

Dziś chcę wyrzucić z siebie myśl, która nawiedza mnie co jakiś czas - od wielu lat. Chodzi o podział muzyki na gatunki. Uważam, że czasami zbytnio się zapuszczamy w tworzenie nowych kategorii i szufladkowanie poszczególnych kapel.

Kto widział film pt. "Headbanger's Journey"?

Widzicie to drzewko? No fajny bajer, nie powiem, można zaszpanować przed znajomymi, że się zna sryliard podgatunków metalu, ale zastanawiam się czy jest sens bawić się w takie podziały?

Po pierwsze: Komu to służy? Słuchaczom? Że co, że zobaczą jaki gatunek muzyczny reprezentuje dana kapela i na tej podstawie ktoś kupi ich płytę? Śmiem wątpić... Wyróżnianie takich podgatunków przydaje się zdecydowanie bardziej ludziom, którzy "sprzedają" muzykę - po pierwsze ludziom od marketingu, którzy chcą trafić w jakieś grono odbiorców ("o, bo TOOL to ponoć hard alternative, jak napiszemy (albo Metal Hammer napisze) że nasza kapela gra taką muzę to sprzedamy więcej płyt niesieni na fali ich popularności!"), po drugie dziennikarzom muzycznym, bloggerom i innym mnie podobnym pisarskim niedołęgom, które nie potrafią opisać muzyki własnymi słowami i którym łatwiej posłużyć się nazwą "thrash metal", a co za tym idzie zdać się na doświadczenia, intuicję i perspektywę (!) czytelnika mającego zinterpretować to określenie. Idziemy na łatwiznę, przez cmentarz i łąki na osiedle, heja!

Po drugie: Czy naprawdę każdą kapelę można przyporządkować do jakiegoś konkretnego stylu muzycznego? Jeśli jakiś zespół na swoim czwartym albumie wprowadził podwójne stopy, obniżył strój o pół tonu, a wokalista zaczął się trochę bardziej wydzierać to już jest inny styl? To co o nich napisać, że już grają thrash metal zamiast heavy metalu? A może speed metal? To jaki, do cholery, jest "Painkiller" Judas'ów?
A Slayer? To już death metal czy jeszcze thrash? Bo blastów tam wprawdzie nie ma, ale zdarzają się riffy tak ciężkie (vide "Raining Blood") że i Vader'owi mogłyby się bez wstydu przytrafć. I czasami bliżej jest Array'i i spółce do Wiwarczuka niż Hetfielda, Mustaine'a i Dime'a.
Kolejny przykład: Stratovarius. Zespół notorycznie kwalifikowany jako kapela power metalowa, choć generalnie twierdzi się, że w power metalu śpiewa się o smokach, rycerzach i orkach, którym brzydko z "japy" pachnie, bo próchnica zdewastowała im uzębienie. A w Stratovarius takiej tematyki nie ma. I jak wypada ich porównanie do Nightwisha? Że Tarja Turunen śpiewała operowym głosem to już metal symfoniczny, a nie power metal? Jak obiektywnie uznać, że jedna cecha muzyczna jest ważniejsza od drugiej? Sztuka dla sztuki i przerost formy nad treścią.

Po trzecie: Wszystkie te podgatunki muzyczne oceniane są często przez relatywizm. Trzydzieści lat temu muzyka Judas Priest to był heavy metal, a Iron Maiden reprezentowali nurt New Wave Of British Heavy Metal. Dzisiaj nikt się w to nie bawi. To wszystko jest po prostu heavy metal. Z perspektywy czasu widzimy, że ta muzyka jest do siebie naprawdę podobna. Nie inaczej będzie z zespołami nam współczesnymi. Kto się będzie w przyszłości cackał z rozróżnianiem Lamb Of God, Killswitch Engage i Machine Head? I po co?

Czaicie o co mi chodzi? Nie mówię, że wyróżnianie różnych podgatunów metalu jest zupełnie złe i bezużyteczne - może komuś pomaga się odnaleźć w tym nawale zespołów, albumów, utworów - jego ogrom potrafi przerosnąć każego, może jakaś systematyka jest tu przydatna. Ważne jest tylko, żeby:
1) nie szufladkować zespołów
2) nie sprzeczać się o przynależność do podgatunku
3) nie sprzeczać się o wyższość jednego rodzaju muzyki nad drugim
4) być otwartym na poglądy muzyczne innych ludzi, także w kwestiach "systematyki" metalu
5) JEDNYM PROSTYM ZDANIEM: WIĘCEJ LUZU W TYM WSZYSTKIM!

Zrzędzę dziś jak stara baba, ale tak już czasem bywa, sorry Winnetou. Pewnie za tydzień napiszę o kapeli która gra "klasyczny hard rock z naleciałościami southern rocka" i wszystko wróci do "normy".
Na ukojenie trochę nieagresywnej muzyki z kategorii "alfabet S. Morse'a":

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz