Wydarzyło się to dawno, dawno temu, kiedy do inwestycji w Polsce nie dopłacała jeszcze Unia Europejska, a Andrzej Lepper miał kilkuprocentowe poparcie jako kandydat na prezydenta. W maleńkiej mieścinie, która żyła swoim tempem, powstała formacja o nazwie Heaven & Hell (inspiracje płytą Black Sabbath oczywiste). Czterech chłopców rozpoczęło przygodę, która, choć krótka, owocna była w doświadczenia i pozostała do dzisiaj fajnym wspomnieniem z okresu dorastania. Dobrze zgrywali się pod względem muzycznym - mieli podobne gusta, choć to był taki wiek, w którym równie łatwo dostrzega się różnice, co podobieństwa. Początki, jak to zazwyczaj bywa, polegały na coverowaniu swoich ulubionych kapel. AC/DC, Metallica, Iron Maiden, Judas Priest - to był pokarm, który spożywali częściej, niż chleb z piekarni pana Jurczaka i Top Chipsy z Biedronki.
Próby odbywały się raz w tygodniu w Piwnicy Rockowej w lokalnym Domu Kultury. Klimat tego miejsca znać i rozumieć (i przede wszystkim kochać) może tylko ten, kto tam grał. Zwłaszcza tych parę dobrych lat temu, kiedy nowy naciąg do centrali czy wymiana spalonego głośnika w trzydziestoletnim combo Peavey'a były wszystkim, o co można było prosić. I z takimi właśnie trywialnymi problemami zmagali się nasi bohaterowie: jak nastroić gitarę, żeby nie rozstroiła się w połowie pierwszego kawałka, w co pałker ma stukać zamiast werbla i hi-hatu (bo tych po prostu nie było), w którym sklepie kupić piwo bez dowodu osobistego i tak dalej. Brak wokalisty był bolączką wielu zespołów jakie kiedykolwiek grały w naszej Śpiącej Mieścinie (niestety nazwa Miasto Zadumy jest już zastrzeżona). Heaven & Hell nigdy wokalisty się nie dorobił.
Granie zaczęło się od "Highway To Hell" wspomnianego AC/DC. Ten kawałek był wałkowany od pierwszej do ostatniej próby zespołu. Później było coraz ambitniej, od "Taking The Queen" Bruce'a Dickinsona, poprzez "For Whom The Bell Tolls" Metalliki, aż po "Afraid To Shoot Strangers" Iron Maiden.
Koncerty były dwa. Wcześniej jednak doszło do przetasowania w składzie i zmienił się perkusista.
Pierwszy koncert odbył się jesienią 2003 na Muszli Koncertowej w Przysusze. Oto setlist:
- "The Wickerman" (Iron Maiden)
- "Children Of The Damned" (Iron Maiden)
- "For Whom The Bell Tolls" (Metallica)
Drugi raz Heaven & Hell pokazał się na koncercie WOŚP w 2004 roku. Zagrał takie oto kompozycje:
- "Be Quick Or Be Dead" (Iron Maiden)
- "For Whom The Bell Tolls" (Metallica)
- "Taking The Queen" (Bruce Dickinson)
- "Wrathchild" (Iron Maiden)
W planach było jeszcze wiele ciekawych numerów, np. "Children of the Grave" Sabbathów, "Cathedral Spiers" Judas Priest, czy "The Call Of Ktulu" Metaliki (ach, te szalone, młodzieńcze ambicje!). Wszystko jednak skończyło się nagle i bez wyraźnej przyczyny. A może po prostu nikt już jej nie pamięta? Nie powstała nigdy żadna kompozycja własna zespołu Heaven & Hell. Szkoda.
Do domów nie puszczę Was oczywiście bez muzycznego błogosławieństwa. W jego charakterze serwuję Wam prawdziwy rarytas: H & H wykonujący "For Whom The Bell Tolls" na koncercie WOŚP.
W tym miejscu pragnę podziękować Bestii za obróbkę tego nagrania w czasach, kiedy Heaven & Hell jeszcze istniał... i za pomoc w odnalezieniu go teraz. Intro i outro to jego dzieła, równie nieadekwatne do jego obecnych umiejętności jak obecna popularność wspomnianego Andrzeja L. do ówczesnej.
Lemmy Kilmister powiedział kiedyś, że najlepsze czasy w życiu to nie te, kiedy jesteś na szczycie sławy i grasz koncerty dla kilkudziesięciotysięcznych widowni, ale te, kiedy bujasz się z kumplami i grasz kawałki swoich idoli. Pewnie jest w tym dużo prawdy...
P.S. Tytuł posta jest jednocześnie tytułem filmu z Danielem Craigiem. Polecam obejrzeć, jest zupełnie strawny.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
środa, 19 stycznia 2011
kołtun się jeży
1m 47s - tak na wypadek, gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego mówią na niego "Air Ride Siren"
sobota, 15 stycznia 2011
"...czy wyniesiesz mnie wyżej, do miejsca gdzie niewidomi widzą...???" czyli...
O CO CHODZI?!?!?!?!?!?
No dobra trzeba z siebie wyrzucić trochę negatywnych emocji...jest sporo kapel, tzw. produktów amerykańskich...mniej więcej ich ilość obecnie w Junajted Stejts Of Amerika wynosi tyle ile jest gwiazd w naszyej galaktyce, czyli w ch...niestety do takich też kapel mimo szczerych chęci ażeby tak nie było należy formacja Creed. Z zespołem tym łączy mnie coś w stylu: "spoko jest ta kapela, zajebisty gitarzysta, fajna barwa wokalu, ogólnie dobra muza, ale..." ALE TEN PRODUKT AMERYKAŃSKI ŚMIERDZI TAK SAMO JAK KOTLETY Z MCDONAlDA!!!!! Ok, można powiedzieć, że profesjonalizm jest, bo jakby nie patrzeć jest, mając Marka Tremontiego za gitarzystę, który chyba jest najlepszym jeśli chodzi o nowe brzmienia nie można nie posiadać profesjonalizmu. Tak więc kropka...profesjonalizm jest, ale co dalej...bębniarz ostro przeciętny o basiście nie wspomnę...zostaje nam wokalista, który jest dla mnie na tyle ciekawą postacią, że nie wiem jak się nazywa i jakoś średnio mnie to obchodzi...Tak jak wyżej napisałem, fajna barwa wokalu, taki nowoczesny Eddie Vedder jak to pisali w miliardach czasopism typu...Bravo...tylko niekoniecznie ten sam feeling a nawet bym powiedział, brak feelingu tylko wyreżyserowana amerykańska akcja, nie wnosząca tak naprawdę żadnych ciekawych emocji...tekstowo świat przekonał się do nich po pewnym znanym wersie "What's This Life For?" Świetne są numery, w których zadaje się pytania bez odpowiedzi, a pamiętacie taki kawałek..."I would do anything for love..." Meat Loaf (Pulpet), gdzie koleś przez 10 minut zadaje to samo pytanie, i w końcu nie uzyskujemy odpowiedzi...ktoś napisał gdzieś na jakimś forum, że chodzi o seks analny...kto wie? może i tak jest...wróćmy do Panów z Creed...jeśli do tego wszystkiego co wyżej napisałem dodamy wizję wychodzi nam bardzo piękny teatrzyk dla dziewczynek w wieku 15-18 lat i krótko cytując mojego kolegę: "wokalista masakruje wizerunek"...niewiem czy to wynik plastycznej twarzy czy ogólnego obumarcia mózgu i robienia z siebie dziwoląga na scenie...czy naprawdę znalazł się tak wysoko, że już wyżej się nie da?!?!?!? Stary zejdź na ziemię i nie rób z siebie plastikowej figurki...poszły 3 płyty, muzycznie naprawdę dobre...później przerwa i co??? powrót za $$$$$$$$$$$$ oglądając i słuchając występy na żywo z lat 2009, 2010 chce się wyrzucić komputer przez okno...dramat, tragedia, porażka a głupi Tremonti zamiast pójść na swoje i przestać w grać w Creedach czy Alter Bridge'ach ciągnie ten temat już niewątpliwie ze względów finansowych...i na koniec jeszcze takie podsumowanie...pierwsza płyta jest zajebista poza znanym wszystkim singlem o życiu i o tym jak bardzo jest źle...bleeeee...później już leci komercha z dobrą muzyką w tle...no i cóż zapraszam zatem do obejrzenia NAJGORSZEGO wykonania utworu "Higher" pełnego braku...wszystkiego co w ROCK N ROLLU jest istotne...czyli prawdy i autentyczności...
No dobra trzeba z siebie wyrzucić trochę negatywnych emocji...jest sporo kapel, tzw. produktów amerykańskich...mniej więcej ich ilość obecnie w Junajted Stejts Of Amerika wynosi tyle ile jest gwiazd w naszyej galaktyce, czyli w ch...niestety do takich też kapel mimo szczerych chęci ażeby tak nie było należy formacja Creed. Z zespołem tym łączy mnie coś w stylu: "spoko jest ta kapela, zajebisty gitarzysta, fajna barwa wokalu, ogólnie dobra muza, ale..." ALE TEN PRODUKT AMERYKAŃSKI ŚMIERDZI TAK SAMO JAK KOTLETY Z MCDONAlDA!!!!! Ok, można powiedzieć, że profesjonalizm jest, bo jakby nie patrzeć jest, mając Marka Tremontiego za gitarzystę, który chyba jest najlepszym jeśli chodzi o nowe brzmienia nie można nie posiadać profesjonalizmu. Tak więc kropka...profesjonalizm jest, ale co dalej...bębniarz ostro przeciętny o basiście nie wspomnę...zostaje nam wokalista, który jest dla mnie na tyle ciekawą postacią, że nie wiem jak się nazywa i jakoś średnio mnie to obchodzi...Tak jak wyżej napisałem, fajna barwa wokalu, taki nowoczesny Eddie Vedder jak to pisali w miliardach czasopism typu...Bravo...tylko niekoniecznie ten sam feeling a nawet bym powiedział, brak feelingu tylko wyreżyserowana amerykańska akcja, nie wnosząca tak naprawdę żadnych ciekawych emocji...tekstowo świat przekonał się do nich po pewnym znanym wersie "What's This Life For?" Świetne są numery, w których zadaje się pytania bez odpowiedzi, a pamiętacie taki kawałek..."I would do anything for love..." Meat Loaf (Pulpet), gdzie koleś przez 10 minut zadaje to samo pytanie, i w końcu nie uzyskujemy odpowiedzi...ktoś napisał gdzieś na jakimś forum, że chodzi o seks analny...kto wie? może i tak jest...wróćmy do Panów z Creed...jeśli do tego wszystkiego co wyżej napisałem dodamy wizję wychodzi nam bardzo piękny teatrzyk dla dziewczynek w wieku 15-18 lat i krótko cytując mojego kolegę: "wokalista masakruje wizerunek"...niewiem czy to wynik plastycznej twarzy czy ogólnego obumarcia mózgu i robienia z siebie dziwoląga na scenie...czy naprawdę znalazł się tak wysoko, że już wyżej się nie da?!?!?!? Stary zejdź na ziemię i nie rób z siebie plastikowej figurki...poszły 3 płyty, muzycznie naprawdę dobre...później przerwa i co??? powrót za $$$$$$$$$$$$ oglądając i słuchając występy na żywo z lat 2009, 2010 chce się wyrzucić komputer przez okno...dramat, tragedia, porażka a głupi Tremonti zamiast pójść na swoje i przestać w grać w Creedach czy Alter Bridge'ach ciągnie ten temat już niewątpliwie ze względów finansowych...i na koniec jeszcze takie podsumowanie...pierwsza płyta jest zajebista poza znanym wszystkim singlem o życiu i o tym jak bardzo jest źle...bleeeee...później już leci komercha z dobrą muzyką w tle...no i cóż zapraszam zatem do obejrzenia NAJGORSZEGO wykonania utworu "Higher" pełnego braku...wszystkiego co w ROCK N ROLLU jest istotne...czyli prawdy i autentyczności...
"If there were no rewards to reap..."
Na polskim nigdy nie błyszczałem. Dopóki jeszcze tematem lekcji była jakaś epika, orientowałem się mniej więcej co jest grane, ale jak przychodziło do interpretowania wierszy czułem się jak dziecko we mgle.
Dlatego zadanie którego dziś się podejmuję jest iście karkołomne, ale raz się żyje (a później się straszy). Postanowiłem napisać o czym wg mnie jest kawałek "The Patient" Tool'a.
Ten utwór jest opowieścią o dwójce ludzi, których relacje wpadły w pewien schemat. Jedna ze stron nie radzi sobie z własnymi problemami i obciąża nimi nieustannie podmiot liryczny:
Draining patience, drain vitality.
This paranoid, paralyzed vampire act's a little old.
Podmiot liryczny jest tą sytuacją zmęczony, ale nie poddaje się:
But I'm still right here, giving blood and keeping faith
and I'm still right here.
Ma nadzieję, że to tylko sytuacja przejściowa, próba wytrwałości:
Is this a test?
It has to be. Otherwise I can't go on.
Siłę, by dalej brnąć w tych wyczerpujących relacjach, bierze z dobrych chwil, w których czuje miłość i wdzięczność drugiej osoby...
If there were no rewards to reap,
No loving embrace to see me through this tedious path I've chosen here,
I certainly would've walked away by now.
and I still may
... ale nie wyklucza, że odejdzie, jeśli ta sytuacja stanie się zbyt wyczerpująca.
Chce przeczekać najgorsze momenty licząc na poprawę:
I'm gonna wait it out...
Be patient.
I must keep reminding myself of this.
Oczywiście pomysłów na interpretację tego utworu może być tyle, ilu jest słuchaczy.
Wielokrotnie utwór tłumaczy się wprost jako powrót to zdrowia, choćby ze względu na tytuł ("patient" - "cierpliwy", ale również "pacjent").
If there were no desire to heal
The damaged and broken met along this tedious path I've chosen here,
I certainly would've walked away by now.
Jeśli poczytacie komentarze pod zamieszczonym filmikiem, to zauważycie, że wielu użytkownikom "The Patient" dodawał otuchy w chorobie.
Zachęcam wszystkich, żeby sami zastanowili się, co dla nich może ten utwór oznaczać. Ma on jedno arcyważne i uniwersalne przesłanie:
Be patient.
Dlatego zadanie którego dziś się podejmuję jest iście karkołomne, ale raz się żyje (a później się straszy). Postanowiłem napisać o czym wg mnie jest kawałek "The Patient" Tool'a.
Ten utwór jest opowieścią o dwójce ludzi, których relacje wpadły w pewien schemat. Jedna ze stron nie radzi sobie z własnymi problemami i obciąża nimi nieustannie podmiot liryczny:
Draining patience, drain vitality.
This paranoid, paralyzed vampire act's a little old.
Podmiot liryczny jest tą sytuacją zmęczony, ale nie poddaje się:
But I'm still right here, giving blood and keeping faith
and I'm still right here.
Ma nadzieję, że to tylko sytuacja przejściowa, próba wytrwałości:
Is this a test?
It has to be. Otherwise I can't go on.
Siłę, by dalej brnąć w tych wyczerpujących relacjach, bierze z dobrych chwil, w których czuje miłość i wdzięczność drugiej osoby...
If there were no rewards to reap,
No loving embrace to see me through this tedious path I've chosen here,
I certainly would've walked away by now.
and I still may
... ale nie wyklucza, że odejdzie, jeśli ta sytuacja stanie się zbyt wyczerpująca.
Chce przeczekać najgorsze momenty licząc na poprawę:
I'm gonna wait it out...
Be patient.
I must keep reminding myself of this.
Oczywiście pomysłów na interpretację tego utworu może być tyle, ilu jest słuchaczy.
Wielokrotnie utwór tłumaczy się wprost jako powrót to zdrowia, choćby ze względu na tytuł ("patient" - "cierpliwy", ale również "pacjent").
If there were no desire to heal
The damaged and broken met along this tedious path I've chosen here,
I certainly would've walked away by now.
Jeśli poczytacie komentarze pod zamieszczonym filmikiem, to zauważycie, że wielu użytkownikom "The Patient" dodawał otuchy w chorobie.
Zachęcam wszystkich, żeby sami zastanowili się, co dla nich może ten utwór oznaczać. Ma on jedno arcyważne i uniwersalne przesłanie:
Be patient.
wtorek, 11 stycznia 2011
"Trust no one. Question Everything."
Jakiś czas temu Dirt665 pisał o muzyce elektronicznej. To teraz ja dorzucę coś od siebie w tym temacie.
Fani science-fiction pewnie pamiętają taką grę jak Deus Ex. Był to RPG z elementami FPS osadzony w niedalekiej przyszłości, gdzie ludzkość zmaga się z plagą zwaną "szarą śmiercią". Główną tajemnicą sukcesu tej produkcji była jej przytłączająca atmosfera, wytwarzana między innymi dzięki muzyce...
Pamiętam, jak pewnego listopadowego wieczoru nagrałem sobie na odtwarzacz ścieżkę dźwiękową ze wspomnianej gry i wyszedłem na spacer po Warszawie. Niesamowite, jak bardzo można zmienić swoje odczuwanie otoczenia, jeśli subtelnie skłonimy nasz umysł do konkretnego jego postrzegania: na mnie zadziałała ta nastrojowa muzyka i wspomnienie niesamowitego klimatu Deus Ex, dzięki czemu nieciekawa na codzień Wola stała się na chwilę miejscem magicznym.
Zapraszam do słuchania...
... i do grania! Szybko wybaczycie tej grze archaiczną grafikę, bo zmiażdży Was gęsta atmosfera jaka tam panuje. Jest jeden warunek: trzeba lubić science-fiction!
Fani science-fiction pewnie pamiętają taką grę jak Deus Ex. Był to RPG z elementami FPS osadzony w niedalekiej przyszłości, gdzie ludzkość zmaga się z plagą zwaną "szarą śmiercią". Główną tajemnicą sukcesu tej produkcji była jej przytłączająca atmosfera, wytwarzana między innymi dzięki muzyce...
Pamiętam, jak pewnego listopadowego wieczoru nagrałem sobie na odtwarzacz ścieżkę dźwiękową ze wspomnianej gry i wyszedłem na spacer po Warszawie. Niesamowite, jak bardzo można zmienić swoje odczuwanie otoczenia, jeśli subtelnie skłonimy nasz umysł do konkretnego jego postrzegania: na mnie zadziałała ta nastrojowa muzyka i wspomnienie niesamowitego klimatu Deus Ex, dzięki czemu nieciekawa na codzień Wola stała się na chwilę miejscem magicznym.
Zapraszam do słuchania...
... i do grania! Szybko wybaczycie tej grze archaiczną grafikę, bo zmiażdży Was gęsta atmosfera jaka tam panuje. Jest jeden warunek: trzeba lubić science-fiction!
środa, 5 stycznia 2011
"We sail through endless skies..."
Spoglądasz na rozgwieżdżone niebo. Uwolniasz swoją wyobraźnię i ulatujesz wysoko.
Ziemia kurczy się niczym przekłuty balon. Linie kontynentów stają się niewyraźne, lądy i oceany zlewają się w jedność. Rozglądasz się - wokół Ciebie nieskończona przestrzeń, tak ogromna, że nie jest w stanie pojąć jej ludzki umysł. Jest cicho. Jeszcze nigdy nie słyszałeś tak ciszy. A spokój jest przecież pozorny, bo w tej właśnie chwili umiera milion światów, a kolejny milion dopiero się rodzi.
Ruszasz dalej, za plecami masz Słońce, a przed sobą gazowe olbrzymy naszego układu słonecznego. Przy nich Ziemia wydaje Ci się śmiesznie malutka. Z trudem możesz uwierzyć, że tyle ludzkich spraw może się pomieścić na takim malutkim kosmicznym, kamyczku.
Przechodzą Cię dreszcze, bo minąłeś Urana i Neptuna i właśnie przelatujesz obok Plutona. Nie jesteś materialnym bytem, ale złowrogi półmrok i chłód jakie tu panują budzą w duszy niepokój, powodują, że na plecach czujesz ciarki. Światło słoneczne jest niebieskawe, przytłumione, przysłonięte przez inne planety. Idealna cisza zdaje się być jeszcze cichsza. Do tego stopnia, że aż ogłuszająca. Chcesz jak najszybciej uciec z tego lodowego piekła.
Jeszcze raz spoglądasz w kierunku Ziemi. Jest tylko punkcikiem, nie większym od ziarenka piasku. Stąd wygląda tak spokojnie, niepozornie, jak owo ziarenko piasku. Sam już nie wiesz, czy naprawdę widziałeś czterdziestotonowe monstra z żelazną konsekwencją burzące afgańskie wioski. Czy wieże upadające pod ciosami samolotów, AIDS i krwawe diamenty były rzeczywistością, czy tylko snem, o którym szybko zapomina się po przebudzeniu.
Układ Alfa Centauri zdaje się być stąd na wyciągnięcie ręki. Nawet jego najmniejszą gwiazdę widać gołym okiem. Nowy świat jest tak blisko. Nieodkryte dotąd planety kuszą migoczącym blaskiem, obiecują nowy Eden, nową szansę.
Ale przed oczami staje Ci również huśtawka z dzieciństwa, pierwsza płyta Pink Floydów, w końcu Jej uśmiech, pierścionek zaręczynowy i wizja wspólnej starości.
Wracasz na Ziemię, do jej mikroskopijnych, nic nie znaczących w skali wszechświata spraw. W którymś momencie rozglądasz się i zdajesz sobie sprawę z tego, że choć nasze sprawy dotyczą tylko naszej małej, ziemskiej rasy, wszystkie gwiazdy i planety wokół zdają się nas obserwować - środek ciężkości zdarzeń znajduje się dokładnie w tym małym, niebieskim, migoczącym punkciku. A może, wzorem średniowiecznych uczonych, jesteśmy pyszni w swoim geocentryźmie? Może właśnie teraz we wszechświecie mają miejsce zdarzenia o wiele bardziej doniosłe i ważne niż możemy to sobie wyobrazić?
Otwierasz oczy. Koc, łąka, ciepła, sierpniowa noc. Z pobliskiego drzewa dochodzi Cię śpiew słowika. Zdajesz sobie sprawę z tego, że cały czas tu byłeś. Obracasz głowę, obok leży Ona. Oczy ma zamknięte, jej okryte cienkim swetrem piersi delikatnie falują. Wydaje się tak spokojna, ukojona, jakby ona również podróżowała wśród gwiazd, z dala od ziemskich trosk i błachych spraw. Na jej serdecznym palcu, w świetle księżyca złotym blaskiem mieni się pierścionek zaręczynowy.
Jak dobrze być w domu.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
"...czasami myślę, że jesteś dla mnie zbyt dobry..."
Zmysłowość z jaką ta Pani porusza się po kolejnych nutkach pięciolini wokalnej jest powalająca, urzekająca i okrutnie sexowna!!!! Jakakolwiek płyta, jakikolwiek utwór...nikt nie robi tego w ten sposób. Niesamowita lekkość ciała i duszy...pamiętam jeszcze z lat dzieciństwa jak moja mama zasłuchiwała się w Sade godzinami...pierwsze oryginalne płyty z zachodu, nowa jakość brzmienia, czegoś takiego na codzień się nie spotykało...Od wielu lat zatem jestem zauroczony jej osobą. To jest taka kobieta do natychmiastowego kochania...muzycznie i w ten drugi sposób ;) ale podkreślam...kochania...barwa wokalna to w ogóle inny świat...ciężko coś powiedzieć, niczym ocierająca się skóra o aksamitną pościel...tak miła, że niechce się z niej rezygnować...szkoda mi tylko jednej rzeczy jeśli chodzi o Sade...zawsze trafiała na kolesi, którzy starali się ją zniszczyć, chyba przez swoją delikatność i (podobno!) łatwowierność...powiem tak...KOCHAM CIĘ HELEN FOLASADE ADU!!!!! :******
niedziela, 2 stycznia 2011
Nativity In Black: A Tribute To Black Sabbath
Natknąłem się ostatnio na wydawnictwo zatytułowane "Nativity In Black". Są to dwa tribute albumy poświęcone grupie Black Sabbath, wydane odpowiednio w 1994 i 2000 roku. Biorąc pod uwagę ogrom zasług, jakie ta formacja ma dla heavy metalu, nie dziwi fakt, że lista zespołów jakie możemy tu usłyszeć jest imponująca: Megadeth, Sepultura, Slayer, Pantera, Machine Head... Oczywiście jest też trochę mniej znanych kapel, ale nierówność materiału jest czymś charakterystycznym dla wydawnictw tego typu. Zresztą... Album udowadnia, że nazwa to nie wszystko.
Nativity In Black: Volume I (1994)
Najpierw highlights: Drugim utworem na płycie jest "Children Of The Grave" wystukany, wyszarpany i wychrypiany przez panów (i panią) z White Zombie. Aranżacja inna niż w oryginale. Wprawdzie to co najfajniejsze, czyli ciężkie riffy, zostało, ale Rob Zombie i spółka poszli swoją ścieżką. Słuchając tej wersji będziecie mieć wrażenie, że grają ją upaprani smarem i nagarem mechanicy, którzy właśnie skończyli naprawiać olbrzymiego Peterbilta i idą zjeść obiad w przydrożnym truck stopie.
"Paranoid" w wykonaniu Megadeth brzmi bardzo... Megadeth'owo. Chociaż jest zagrany podobnie do oryginału, to superintensywny wokal Rudzielca przypomina od razu, kto tu rozdaje nuty. Mustaine nie byłby również sobą, gdyby nie zagrał coveru przynajmniej 10% szybciej niż Iommi. Chociaż fajnie się tego słucha, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że oryginał miał więcej czadu.
"Sabbath Bloody Sabbath" zagrany przez Godspeed/Dickinsona to też jedna z jaśniej świecących gwiazd na tym niebie. Kawałek już w oryginale wymiata, a tutaj dochodzi jeszcze świetny śpiew Bruce'a. Można się kłócić o wyższość jednej wersji nad drugą pod względem instrumentalnym. Wprawdzie brzmienie jest nowocześniejsze, trochę cięższe, ale zwolnienie w momencie, gdy wokalista śpiewa "Nobody will let ever you know..." według mnie sporo straciło na klimacie. No i na gitarze nie gra Tony Iommi...
Na trackliście znajdziemy też zespół Type O' Negative z coverem "Black Sabbath". Bardzo ciekawa wersja. Niepowtarzalny klimat oryginału nie tylko został zachowany, ale wręcz spotęgowany. Aranżacja nie każdemu przypadnie do gustu, bo utwór stracił "pazura", ale mnie i tak świetnie się tego słucha. W tym wykonaniu utwór byłby perfekcyjny w charakterze ścieżki dźwiękowej do jakiegoś kinowego horroru albo komputerowego survival-horroru a'la Resident Evil.
Album zamyka "Solitude" w wykonaniu formacji Cathedral. Jeśli ktoś jest takim doom metalowym ignorantem jak ja, to pewnie więcej mu powie informacja, że to zespół Lee Doriana, byłego członka Napalm Death. Utwór zagrany jest podobnie do oryginału i całe szczęście, bo to przepiękna muzyka i ingerencja w jego strukturę byłaby bezczeszczeniem arcydzieła.
Poza wymienionymi numerami na albumie jest jeszcze kilka bardziej udanych (np. "War Pigs" - Faith No More) i kilka mniej udanych ("Supernaut" - 1,000 Homo DJ's).
Nativity In Black: Volume II (2000)
Hitem tego albumu jest dla mnie przede wszystkim "Electric Funeral" w wykonaniu Pantery. W zasadzie nie różni się on jakoś drastycznie od oryginału, więc nie każdy musi się z tą opinią zgodzić. Mnie jednak słucha się tej ścieżki zdecydowanie najprzyjemniej. Nie mogę przy tej okazji nie wspomnieć o rewelacyjnym coverze "Planet Caravan", który ukazał się na płycie "Far Beyond Driven" Pantery. Mało która ballada tak ścina mnie z nóg... Dwa takty grane w kółko, a ja odpływam za każdym razem kiedy to słyszę. Ale to tylko taka dygresja, bo na Nativity In Black (w skrócie: N.I.B. - znajome?) tej piosenki nie ma.
Pozytywne wrażenie znów wywiera Megadeth, tym razem z koncertową wersją "Never Say Die". Mustaine & Co. znów serwują nam ogromne dawki energii i dynamiki - są w tym chyba najlepsi z całego zacnego grona, jakie udzieliło się w tym projekcie.
Znajdziemy tu dwa odważne, rapowane covery - "Sabbra Cadabra" w wykonaniu (hed)P.E i "Iron Man" Busta Rhymes. O ile początkowo oba mi wyjątkowo nie podchodziły, o tyle do pierwszego trochę się przekonałem - ma swój urok, choć rapowanie rzadko trawię. Jednak czysta gitarka i elektroniczne wstawki nadają temu kawałkowi fajnego luzu. Mogłoby być ciekawie zajarać skręta z dziewczyną przy tym utworze. :)
System of a Down, Static-X, Soulfly zagrały "po swojemu". Doceniam inicjatywę, ale... ja podziękuję. Oryginały zdecydowanie bardziej mi podchodzą. Kwestia gustu.
Soulfly chciałbym jednak wyróżnić za bardzo nastrojowe zakończenie do "Under The Sun", zagrane na klasycznej gitarze. Miodzio.
"Into The Void" w wykonaniu Monster Magnet stracił. W oryginale jest jakaś elektryczność, aż włosy dęba stają. Może chodzi tu o nieziemskie wręcz brzmienie gitar na krążku "Mater Of Reality". Cover jest po prostu nijaki.
Żeby zakończyć pozytywnie, to napiszę, że Slayer zaprezentował fajną wersję "Hand Of Doom". Choć osobiście widząc ich nazwę spodziewałem się czegoś, co wysadzi mnie z butów. Może chodzi tu o dobór utworu - w szybkim kawałku typu "Children Of The Grave" czy "Paranoid" mogliby pokazać to, w czym są najlepsi, czyli wgniatanie słuchacza w ziemię agresją jaka atakuje go z głośników. Mimo to - fajna wersja "Hand Of Doom".
Po przesłuchaniu tych dwóch płytek nasunęło mi się kilka wniosków:
Primero: Black Sabbath to zespół ponadczasowy. Ich utwory nadal brzmią świeżo, nawet jeśli zagra się je bez zmian w aranżacji. Ale czy może być inaczej? Rob Zombie tak kiedyś ujął fenomen Sabbath: "Wszystko zostało już zagrane przez Black Sabbath. To co robią inne zespoły, to tylko granie tego szybciej, wolniej, od tyłu... ale tak naprawdę Sabbath zrobili już wszystko".
Segundo: Tony Iommi należy do najściślejszej elity gitarzystów rockowych. Na tych dwóch krążkach gra wiele kultowych postaci, takich jak Kerry King, Max Cavalera czy Dimebag Darrel, ale choćby objawiali nam oni 110% swojego talentu, to kiedy puszczę Sabbath, gitara brzmi dużo autentyczniej. W grze Iommi'ego czuć duszę, jak u Hendrix'a czy Page'a. Słucham solówki z "Planet Caravan" i przed oczami staje mi obraz Tony'ego siedzącego na piecu, pochylonego nad gitarą, osnutego papierosowym dymem... Ale to wszystko tylko moje odczucia, a poza tym trzeba również zaznaczyć, że kiedyś inaczej się nagrywało płyty.
Tercero: Na tych kompilacjach znajdziemy tylko utwory z płyt nagranych z Ozzy'm, czyli z lat 70. Nie ma nic choćby z tak bezsprzecznego klasyka jak "Heaven And Hell". Domyślam się, że artyści, którzy wzięli udział w projekcie mają na temat Sabbath podobne zdanie jak ja: Black Sabbath, które wywarło największy wpływ na muzyczny świat, to Black Sabbath z Ozzy'm. Kocham "Heaven And Hell" z Dio, kocham "Tyr" z Tony'm Martinem, ale Sabbath z Ozzy'm brzmiał najbardziej charakterystycznie.
Nativity In Black: Volume I (1994)
Najpierw highlights: Drugim utworem na płycie jest "Children Of The Grave" wystukany, wyszarpany i wychrypiany przez panów (i panią) z White Zombie. Aranżacja inna niż w oryginale. Wprawdzie to co najfajniejsze, czyli ciężkie riffy, zostało, ale Rob Zombie i spółka poszli swoją ścieżką. Słuchając tej wersji będziecie mieć wrażenie, że grają ją upaprani smarem i nagarem mechanicy, którzy właśnie skończyli naprawiać olbrzymiego Peterbilta i idą zjeść obiad w przydrożnym truck stopie.
"Paranoid" w wykonaniu Megadeth brzmi bardzo... Megadeth'owo. Chociaż jest zagrany podobnie do oryginału, to superintensywny wokal Rudzielca przypomina od razu, kto tu rozdaje nuty. Mustaine nie byłby również sobą, gdyby nie zagrał coveru przynajmniej 10% szybciej niż Iommi. Chociaż fajnie się tego słucha, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że oryginał miał więcej czadu.
"Sabbath Bloody Sabbath" zagrany przez Godspeed/Dickinsona to też jedna z jaśniej świecących gwiazd na tym niebie. Kawałek już w oryginale wymiata, a tutaj dochodzi jeszcze świetny śpiew Bruce'a. Można się kłócić o wyższość jednej wersji nad drugą pod względem instrumentalnym. Wprawdzie brzmienie jest nowocześniejsze, trochę cięższe, ale zwolnienie w momencie, gdy wokalista śpiewa "Nobody will let ever you know..." według mnie sporo straciło na klimacie. No i na gitarze nie gra Tony Iommi...
Na trackliście znajdziemy też zespół Type O' Negative z coverem "Black Sabbath". Bardzo ciekawa wersja. Niepowtarzalny klimat oryginału nie tylko został zachowany, ale wręcz spotęgowany. Aranżacja nie każdemu przypadnie do gustu, bo utwór stracił "pazura", ale mnie i tak świetnie się tego słucha. W tym wykonaniu utwór byłby perfekcyjny w charakterze ścieżki dźwiękowej do jakiegoś kinowego horroru albo komputerowego survival-horroru a'la Resident Evil.
Album zamyka "Solitude" w wykonaniu formacji Cathedral. Jeśli ktoś jest takim doom metalowym ignorantem jak ja, to pewnie więcej mu powie informacja, że to zespół Lee Doriana, byłego członka Napalm Death. Utwór zagrany jest podobnie do oryginału i całe szczęście, bo to przepiękna muzyka i ingerencja w jego strukturę byłaby bezczeszczeniem arcydzieła.
Poza wymienionymi numerami na albumie jest jeszcze kilka bardziej udanych (np. "War Pigs" - Faith No More) i kilka mniej udanych ("Supernaut" - 1,000 Homo DJ's).
Nativity In Black: Volume II (2000)
Hitem tego albumu jest dla mnie przede wszystkim "Electric Funeral" w wykonaniu Pantery. W zasadzie nie różni się on jakoś drastycznie od oryginału, więc nie każdy musi się z tą opinią zgodzić. Mnie jednak słucha się tej ścieżki zdecydowanie najprzyjemniej. Nie mogę przy tej okazji nie wspomnieć o rewelacyjnym coverze "Planet Caravan", który ukazał się na płycie "Far Beyond Driven" Pantery. Mało która ballada tak ścina mnie z nóg... Dwa takty grane w kółko, a ja odpływam za każdym razem kiedy to słyszę. Ale to tylko taka dygresja, bo na Nativity In Black (w skrócie: N.I.B. - znajome?) tej piosenki nie ma.
Pozytywne wrażenie znów wywiera Megadeth, tym razem z koncertową wersją "Never Say Die". Mustaine & Co. znów serwują nam ogromne dawki energii i dynamiki - są w tym chyba najlepsi z całego zacnego grona, jakie udzieliło się w tym projekcie.
Znajdziemy tu dwa odważne, rapowane covery - "Sabbra Cadabra" w wykonaniu (hed)P.E i "Iron Man" Busta Rhymes. O ile początkowo oba mi wyjątkowo nie podchodziły, o tyle do pierwszego trochę się przekonałem - ma swój urok, choć rapowanie rzadko trawię. Jednak czysta gitarka i elektroniczne wstawki nadają temu kawałkowi fajnego luzu. Mogłoby być ciekawie zajarać skręta z dziewczyną przy tym utworze. :)
System of a Down, Static-X, Soulfly zagrały "po swojemu". Doceniam inicjatywę, ale... ja podziękuję. Oryginały zdecydowanie bardziej mi podchodzą. Kwestia gustu.
Soulfly chciałbym jednak wyróżnić za bardzo nastrojowe zakończenie do "Under The Sun", zagrane na klasycznej gitarze. Miodzio.
"Into The Void" w wykonaniu Monster Magnet stracił. W oryginale jest jakaś elektryczność, aż włosy dęba stają. Może chodzi tu o nieziemskie wręcz brzmienie gitar na krążku "Mater Of Reality". Cover jest po prostu nijaki.
Żeby zakończyć pozytywnie, to napiszę, że Slayer zaprezentował fajną wersję "Hand Of Doom". Choć osobiście widząc ich nazwę spodziewałem się czegoś, co wysadzi mnie z butów. Może chodzi tu o dobór utworu - w szybkim kawałku typu "Children Of The Grave" czy "Paranoid" mogliby pokazać to, w czym są najlepsi, czyli wgniatanie słuchacza w ziemię agresją jaka atakuje go z głośników. Mimo to - fajna wersja "Hand Of Doom".
Po przesłuchaniu tych dwóch płytek nasunęło mi się kilka wniosków:
Primero: Black Sabbath to zespół ponadczasowy. Ich utwory nadal brzmią świeżo, nawet jeśli zagra się je bez zmian w aranżacji. Ale czy może być inaczej? Rob Zombie tak kiedyś ujął fenomen Sabbath: "Wszystko zostało już zagrane przez Black Sabbath. To co robią inne zespoły, to tylko granie tego szybciej, wolniej, od tyłu... ale tak naprawdę Sabbath zrobili już wszystko".
Segundo: Tony Iommi należy do najściślejszej elity gitarzystów rockowych. Na tych dwóch krążkach gra wiele kultowych postaci, takich jak Kerry King, Max Cavalera czy Dimebag Darrel, ale choćby objawiali nam oni 110% swojego talentu, to kiedy puszczę Sabbath, gitara brzmi dużo autentyczniej. W grze Iommi'ego czuć duszę, jak u Hendrix'a czy Page'a. Słucham solówki z "Planet Caravan" i przed oczami staje mi obraz Tony'ego siedzącego na piecu, pochylonego nad gitarą, osnutego papierosowym dymem... Ale to wszystko tylko moje odczucia, a poza tym trzeba również zaznaczyć, że kiedyś inaczej się nagrywało płyty.
Tercero: Na tych kompilacjach znajdziemy tylko utwory z płyt nagranych z Ozzy'm, czyli z lat 70. Nie ma nic choćby z tak bezsprzecznego klasyka jak "Heaven And Hell". Domyślam się, że artyści, którzy wzięli udział w projekcie mają na temat Sabbath podobne zdanie jak ja: Black Sabbath, które wywarło największy wpływ na muzyczny świat, to Black Sabbath z Ozzy'm. Kocham "Heaven And Hell" z Dio, kocham "Tyr" z Tony'm Martinem, ale Sabbath z Ozzy'm brzmiał najbardziej charakterystycznie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)