Kiedyś gdzieś przeczytałem, że solowy projekt Ozzy'ego sprzedał więcej płyt niż wielkie Black Sabbath. Wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale gdyby tak było, to byłby to nie lada wyczyn. Faktem jest, że bez Iommi'ego Naczelny Satanista Metalu radził sobie zaskakująco dobrze i nagrał kilka fantastycznych płyt. Nie sposób umniejszyć w tym jego zasług - bo śpiewał na najwyższym poziomie, zadziwiając nie tylko swoją unikalną barwą głosu, ale również umiejętnościami interpretacyjnymi. To właśnie lubię w Ozzy'm - jego kawałki nie są zaśpiewane podobnie. I to trochę różni go od mojego idola - Bruce'a Dickinsona.
Zastanówmy się: czemu solowy Bruce cieszył się znacznie mniejszą popularnością niż Wujek Samo Zło? Na pewno nie ze względu na śpiew - technicznie nie odstaje od Nietoperkojada (powiedziałbym, że go przewyższa), a i barwę głosu ma znacznie bardziej lekkostrawną (choć niektórzy twierdzą, że Bruce śpiewa, jakby miał permanentne zatwardzenie).
No cóż... jeśli przyjrzymy się dyskografii "Mr. Air Ride Siren", to okaże się, że jest ona rażąco nierówna. O ile końcówkę twórczości, np. "Chemical Wedding" można uznać za heavy metalowe arcydzieła, to pierwsze albumy były po prostu kiepskie i to pomimo obecności takich bezcennych perełek jak np. "Tears Of The Dragon". Ten kawałek to piękny diament w naszyjniku, gdzie pijany jubiler pomieszał kamienie szlachetne ze szkiełkami, po czym umieścił tą mieszankę w mosiężnej oprawie rodem z goździkowskiego odpustu parafialnego. U Ozzy'ego takiej biżuterii nie ma - jego twórczość jest równiejsza, choć i on miał pewne wzloty i upadki.
Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w składach obu formacji. U Bruce'a dobrze zaczęło się dziać w momencie, gdy dołączył do niego katapultowany wcześniej z Iron Maiden Adrian Smith - wtedy nagrali "Accident Of Birth" i był to pierwszy solowy album Bruce'a, który sprostał oczekiwaniom, jakie można postawić patrząc na nazwisko widniejące na okładce. Reszta składu była... poprawna. Ale to za mało, żeby wspiąć się na wyżyny heavy metalowej popularności. W latach 90. fani ciężkich brzmień słyszeli już wiele i trzeba było wykazać się geniuszem, żeby nie utonąć w oceanie podobnych wydawnictw.
A co się działo w obozie Ozzy'ego? On miał pod komendą dwóch generałów, których porównałbym do Andersa i Maczka - jednym z nich był maestro Randy Rhoads, a drugim czołgista Zakk Wylde. Razem u Ozzy'ego nie grali, bo Randy zginął młodo. Ale gdyby nagrali razem płytę, to Ziemia mogłaby eksplodować, albo zboczyć ze swojej orbity i zderzyć sie z jakąś inną planetą, tak więc może lepiej wyszło. W sztabie Ozzy'ego znajdowali się również wybitni doradcy, tacy jak Steve Vai i Lemmy Kilmister. I jak tu wojny rynkowej nie wygrać? Po prostu Ozzy miał wsparcie genialnych dowódców, którzy pomagali mu wysyłać na rzeź tysiące niewinnych nut, by ostatecznie powrócić w chwale. Dickinson był w swojej formacji gwiazdą, a reszta była tylko tłem, przynajmniej do pojawienia się Adriana "H." Smitha. Zespół Ozzy'ego był zespołem jak się patrzy: tutaj niczym w silniku Harleya - Davidsona każdy element był błyszczący, dopieszczony, cieszył oko i ucho. Zresztą... Sami zobaczcie:
Mike Bordin, Robert Trujilo, Zakk Wylde, no i Ozzy (przez złośliwych zwany, nie wiedzieć czemu, Ćpunem ;) ... Jakieś pytania? Wg mnie sam frontman został tu przyćmiony przez resztę swojego składu: śpiewa w porządku, ale to, co robią jego koledzy przywołuje na myśl przejście tsunami (te tłuste flażolety!). Nasuwa mi się na myśl tylko jeden epitet na określenie tego występu: atomowy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ciężko mi coś powiedzieć kurecze bo solowej kariery Ozzy'ego zbytnio nie znam, już nie mówiąc o Dickinsonie (tylko kilka numerów), ale autor posta ma rację w tym co mówi. Tak to jest w dzisiejszym świecie pieniędzy i szeroko pojętego dziwkarstwa, że trzeba umieć robić biznes;) Sztab szkoleniowy Ozzy'ego spisał się świetnie i to na tyle, że cała Japonia nocami sika w majtki jedząc w tym samym momencie ryż gdy słyszą, że Ozzy is coming to town. O składzie na Budokanie nie będę się wypowiadał bo po co...Nikt nie sadzi takich flażo jak Wylde...NIKT!!!!!!!!!!!!!! FUCK LIMP BIZKIT (wtajemniczeni wiedzą o co kaman;) pozdrawiam autora posta...
OdpowiedzUsuńBardzo fajnie mi się czytało Twój tekst ale mam parę zastrzeżeń co do niego.
OdpowiedzUsuńA więc tak, po pierwsz Ozyy w ogóle nie ma żadnych umiejętności wokalnych, jego technika pozostawia wiele do zyczenia a to co ostatnio dzieje się na jego solowych albumach pod względem wokalnym pozostawia WIELE do życzenie, czuje się jakbym słuchał jakiś komputer a nie człowieka...
Następna kwestia twierdzisz że dyskografia Dickinsona jest bardziej nierówna, tutaj też się nie zgodzę Bruce nigdy nie nagrał takiej kupy jak Black Rain, Down To Earth czy komercyjne Ultimate Sin. Co prawda trduno nazwać arcydziełem Skunkworks czy też pierwszy solowy album Bruce ale i tak było to lepsze niż powyższe wypociny "Pana Ciemności".
Przyczyny większej popularności Ozzego upatrujesz w składzie. Tu również się nie zgodzę, u Bruce na gitarze grał niejaki Roy Z gościu który produkował takie rzeczy jak Judas Priest, solowego Halforda, Sebastiana Bacha, Helloween czy inne znakomitości sceny metalowej. A jego umiejętności gitarowe również zachwycają, wystarczy posłuchać ostatniego solowego albumu Halforda.
Solowa twórczość Osborna zdobywała więcej nabywców ponieważ co tu dużo mówić była lepiej promowana, Ozzy robił z siebie idiotę w programach MTV co tez przekładało się na popularność, częste skandale z udziałem byłego wokalisty Black Sabbath również miało na to wpływ, no i przede wszystkim Osbourne zawsze ze swoją muzyką płyną z prądem grywał dźwięki modne w danym czasie, czego trudno dopatrzyć się u Bruce Dickinsona który grywał dźwięki które zawsze miały coś wspólnego z starym dobrym heavy metalem
Guzik Ty Osbourne'owy antagonisto, nick "Anonimowy" Cię nie ukryje ;)
OdpowiedzUsuńNie będę się sprzeczał w temacie techniki wokalnej Ozzy'ego, bo nie czuję w tym mocny.
Co do płyt: być może jest to kwestia gustu, ale zarówno "Down To Earth" jak i "Ultimate Sin" bardzo mi się podobają, zwłaszcza to pierwsze :) A taki np. "No More Tears" jawi mi się jako klasyk.
Roy Z może być dobrym producentem, może też dobrze grać na gitarze, ale daleko mu do szarpidrutów Ozzy'ego, zwłaszcza jeśli chodzi o rozpoznawalność stylu.
Co do promocji płyt i samego Osbourne'a (w przeróżnych formach), to na pewno masz rację i bez wątpienia to wpłynęło znacznie na sprzedawalność jego płyt.
Wiedziałem że mnie poznasz:)Ozzy'ego lubię żeby nie było zarówno w Sabbath Bloody Sabbath, jak i w wszystkich płytach z Randym i No Rest For The Wicked i No More Tears. Ale co do szarpidrutów masz rację, jednak co by nie mówić zarówno Zakk jak i Randy to gitarzyści na których patentach wychowywała się masa gitarzystów w przeciwieństwie do Roya Z.
OdpowiedzUsuńJeszcze napisz Guzik, że Layne Stealey nie miał talentu wokalnego a na Przysuche możesz nie wychodzic ;) pozdrawiam
OdpowiedzUsuń